

Kobieta zmienną jest
Posted by Mara in Całokształt
Kobiecy blog również. Znowu zmieniłam jego wygląd
read comments (0)Posted by Mara in Całokształt
Wczesne lato
Posted by Mara in Całokształt
Moi drodzy! Z uwagi na to, że na moją Daleką Północ zawitało wczesne lato (wiosny nawet nie zauważyłam), blog znów zmienia swój wygląd na bardziej radosno-kwiecisty
Forma notatnika też świetnie pasuje, bo wszystkie moje teksty pisze ręcznie w zeszytach i notatnikach, a potem mam urwanie głowy z przepisywaniem tego “na komputer”. No, cóż, stare nawyki z czasów, gdy jeszcze nie było komputerów w normalnym codziennym użyciu.
Teraz właśnie mam etap przepisywania mojego steampunkowego opowiadania, które jeżeli wszystko dobrze pójdzie i spodoba się redaktorowi, przeczytacie w pewnej antologii w przyszłym roku.
Pozdrawiam!
Trochę o samym pisaniu
Posted by Mara in Całokształt
Do tego wpisu sprowokował mnie artykuł Andrzeja Pilipiuka z Science Fiction Fantasy i Horror nr 55 z maja tego roku, pod tytułem Żegnajcie nam dziś cmentarne dziewczyny (parafraza tytułu szanty).
W skrócie: Andrzej pisze o zabawnych, ale istotnych błędach wynikających z nieznajomości przez autorów realiów czy to historycznych, czy związanych ze zwykłą codziennością. Tyczy się to zwłaszcza ludzi, którzy chcą pisać fantastykę historyczną, a na dobra sprawę nie mają większego pojęcia o realiach życia w tamtych czasach. Andrzej przytoczył między innymi przykład z zamówioną w karczmie kąpielą w balii na trzy osoby na pięterku, do której bohater wchodził po pięciu minutach wraz z przygodnymi towarzyszkami. Raz - taka balia to z 200 litrów wody, dwa - nagrzanie tego to nie lada wyczyn, trzy sufit by pewnie nie wytrzymał takiego obciążenia. Dla współczesnych ludzi takie rzeczy, jak gorąca kąpiel, są oczywistością samą w sobie (idę do łazienki, odkręcam wodę i mam). Tylko, że te kilkaset lub kilka tysięcy lat temu, takie proste to nie było, o czym wielu autorów zdaje się nie pamiętać.
Czytając ten artykuł przyszedł mi na myśl pewien film z Harveyem Kitelem, The Shadowdancer. Film (komedia zresztą) opowiada o pisarzach - sławnym i doświadczonym, który do Włoch uciekł przed życiem i o początkującym, który trochę się zagubił. W filmie jest scena, gdy doświadczony pisarz grany przez Kitela, uderza młodego w brzuch, aż temu brakuje tchu. Gdy młody doszedł po chwili do siebie, zapytał: Dlaczego to zrobiłeś? Na co Kitel odparł (sens przytaczam, bo słowo w słowo nie pamiętam): Jak chciałeś opisać ból odczuwany po uderzeniu, jeżeli nigdy sam go nie doświadczyłeś? Mądrość tego stwierdzenia utkwiła mi w pamięci do dzisiaj. Wcześniej już podświadomie starałam się do tych reguł stosować. Pisać o tym, co sama dobrze znam. Jeżeli czegoś nie czuję, to zaraz widać w tekście. Jeżeli opisuję ból uderzenia w splot słoneczny, to opiszę go dokładnie, bo ciągle jeszcze pamiętam, jakie to uczucie. Jeżeli piszę o Celtach, to ich życia codziennego nie wymyślam na poczekaniu, ale spędzam wiele godzin na szperaniu po książkach, starych materiałach z wykładów o ich religii, nawet staram się, żeby imiona, jakie wykorzystuję, były rzeczywistymi imionami z tamtego okresu (co nie jest takie proste). Bardzo podobało mi się, gdy jedna z czytelniczek napisała, że gdy czytała mój opis łąki w lecie, to niemal czuła upał i bezduch na niej panujący. To był jeden z najmilszych komplementów, jakie otrzymałam
Na marginesie opisywałam łąkę, którą nie raz zdarzyło mi się przedzierać podczas letniego skwaru.
Do czego zmierzam? Otóż do tego, że wielu autorom często wydaje się, że rzeczywistość jest taka jak w filmie, gdzie bohater o nic nie musi się martwić, a wszystko zawsze mu wyjdzie. Nie pośliźnie się na mokrej trawie w średniowiecznych butach na skórzanej podeszwie (ja się ślizgałam na turnieju i wszyscy w takich butach dookoła też), nie cierpi głodu w długiej podróży, nie grabieją mu ręce i nie marznie twarz, gdy przy -10 jedzie konno (nigdy więcej), nie czuje adrenaliny krążącej w krwi, która daje takiego kopa, że szycie ran bez znieczulenia też da się przeżyć, nie boli go głowa, ani nie ma rozstroju żołądka po nieświeżym jedzeniu, nie ciąży mu zbroja, która przecież waży swoje i w której wykonanie pewnych czynności fizjologicznych jest niezwykle trudne, jeżeli wręcz nie niemożliwe (no, chyba, że ma się oddanego giermka
), a wizura w hełmie pioruńsko ogranicza pole widzenia. Można by długo tak wyliczać, ale to nie o to przecież chodzi. Chodzi o to, że czytając tak niedokładnie napisany tekst, ja osobiście czuję się w pewien sposób oszukana brakiem rzetelności autora. Tym, że człowiek pisze o czymś, o czym nie ma bladego pojęcia i próbuje mi wcisnąć tak zwany kit. A mnie szkoda czasu na czytanie takich rzeczy. Oczywiście, ludzie nie są nieomylni i każdemu zdarzają się wpadki i jest to rzecz absolutnie zrozumiała. Tyle, że wpadka od dyletanctwa różni się i to całkiem sporo. Dyletanctwu mówimy NIE, natomiast wpadkom zdecydowane BYĆ MOŻE
A tak na marginesie, wspomniany wcześniej Andrzej Pilipuk pisał też o grzaniu wody do tej dwustulitrowej balii. Grzaniu na piecu. No i mam wrażenie, że mamy tu przykład małej wpadki - dawniej nagrzewało się kamienie i wrzucało do wody, co powodowało dosyć szybkiej jej nagrzanie, a nie jak robimy to współcześnie - grzejemy wodę bezpośrednio na piecu. Ale to tylko takie moje małe etnologiczne dywagacje na temat grzania wody
I tym optymistycznym akcentem kończę ten nienaturalnie długi post
Wielkanoc!
Posted by Mara in Całokształt
Wesołych świąt i mokrego Dyngusa!

P.S. Poprzedni wpis zawiera drobną nieścisłosć - śnieg wcale nie topnieje, on pada.
Śnieg zaczyna topnieć…
Posted by Mara in Całokształt
A sio! Koniec z zimowym wystrojem bloga. Zimy mam już po dziurki w nosie. Wiosny chcę, WIOSNY! Dzisiaj nic już więcej nie napiszę, bo mózg mam wyżęty z ostatków inteligencji, jak ściereczkę. Ale haiku oczywiście będzie
Słowa Issy doskonale przedstawiają stan, jaki mam za oknem:
Śnieg zaczyna topnieć,
Kijem wykopałem wielką rzekę
U mojej furtki.
Rubin i inne sprawy
Posted by Mara in Całokształt
No i stało się. Dzisiaj zobaczyłam na forum dyskusyjnym, że Science Fiction F&H opublikowało moje opowiadanie miesiąc wcześniej niż było pierwotnie zakładane. Absolutnie nie narzekam, ale muszę przyznać, że mnie to trochę zaskoczyło. Niemniej, dobrze jest
Wszystkich czytelników bloga zapraszam do przeczytania Rubinu. Na forum SFFH rozpoczęła się dyskusja dlaczego tytuł jest taki, a nie inny. Teorie snute przez ludzi są interesujące i czytam je z przyjemnością, ale nie zamierzam tłumaczyć czym rzeczony rubin miał być z założenia. Niech będzie dla każdego czym innym
O czym jest Rubin? Otóż to opowiadanie osadzone w realiach historycznych, Francja czasów wypraw krzyżowych. Więcej napiszę o nim w dziale moich opowiadań opublikowanych, gdzie też umieszczam fragment Rubinu.
Teraz koncentruję się na pisaniu opowiadania w klimatach steampunka (świat pary). Zostałam zaproszona do udziału w pewnym projekcie wydawniczym i zgodziłam się z ochotą. Muszę jednak przyznać, że pisanie w realiach świata, gdzie zamiast elektryczności rządzi para, jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Na szczęście niedawno czytałam Ch. Mielville Dworzec Perdido, którego akcja rozgrywa się w takim właśnie świecie i zakochałam się w nim na zabój. I w Dworcu i w świecie wykreowanym przez autora
Równolegle dziubię moją książkę o kapłance Złej Śmierci i muszę przyznać, że świat Celtów i ich wierzeń to to, co tygryski lubią najbardziej
Żeby nie było, że się obijam, to powoli tworzę pierwsze szkice artykułów o emigracji, które ukażą się w książce wydanej przy okazji trwania naszego polsko – norweskiego projektu. Im bardziej się wgłębiam w materiały o emigracji historycznej, tym ciekawszy okazuje się ten temat. Artykuły ukażą się między innymi w języku polskim, więc będziecie mogli je przeczytać.
A gdybyście chcieli poćwiczyć swój angielski, to mój artykuł o polskich rzemieślnikach jest już w sieci. Oto link:
Na razie to tyle z mojej strony, zapraszam do działu Opowiadania opublikowane.
Nie rzekli ani słowa:
Gość i gospodarz
I biała chryzantema
Ryota
Zimowa przerwa
Posted by Mara in Całokształt
Zimowy Latawiec
Posted by Mara in Całokształt
Dawno nic nowego nie wpisywałam na strony” tego blogu. Bo i nie miałam nic specjalnego do zakomunikowania a propos mojej twórczości. Po cichutku siedziałam wieczorami i pisałam coś w swoich zeszycikach, a później starałam się dojść z tym pisaniem do ładu, gdyż natłok pomysłów nie pozwalał mi się skoncentrować na jednej konkretnej rzeczy. Jest to trochę frustrujące :/
Moje męczenie różnych ludzi przyniosło oczekiwane efekty – „Rubin” pójdzie w marcowo – kwietniowym Science Fiction Fantasy i Horror, natomiast „Pieśń” być może czeka kariera książkowa – mam przeprowadzić ostatnie poprawki i przesłać do wydawnictwa.
Z „Rubinem” to w ogóle jest ciekawa sprawa – raz już został odrzucony, bo uznano go za zbyt „gładki” (pisałam o tym wcześniej), natomiast kto inny wziął go od ręki tylko po przeczytaniu początku, bo uznał, że jest świetny. Dałam redNaczowi czas na rozmyślenie się, w razie gdyby po przeczytaniu utwór się nie podobał, ale zamiast rezygnacji dostałam gotową datę publikacji. Czasami człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ważne jest to, by ktoś go docenił. To zdecydowanie dodaje skrzydeł
Co do „Pieśni”, to dwa miesiące dręczyłam osobę odpowiedzialną za dobór tekstów w wydawnictwie, żeby wzięła się za to opowiadanie. Sprawa nie była łatwa, ponieważ „Pieśń” jest bardzo długa. Jeżeli piszę, że jest bardzo długa, to uwierzcie mi, że jak na opowiadanie to ma przerażające rozmiary
I gdy kolejny raz wysłałam e-maila z nagabywaniem o rezultat czytania, to dostałam odpowiedź, że recenzentka jak już przegryzła się z wielkością tekstu i w końcu do niego siadła, to została wciągnięta bez reszty. Wstała od niego, dopiero gdy skończyła czytać całość. Takie rzeczy powodują, że mój latawiec szybuje wysoko
Padając na ziemię
Latawiec
Traci duszę
Z innej beczki. Dostałam wreszcie wydany Rocznik Maihaugen za 2009 rok. Ten, o którym pisałam we wcześniejszym poście „Kotek na ścianie” z moim artykułem o emigracji. Jest to mój pierwszy artykuł po norwesku. Oczywiście, nie sama go przetłumaczyłam, gdyż moje kulawe tłumaczenie wzięła i oszlifowała Karen – koleżanka z pracy, dziennikarka z wieloletnim doświadczeniem. Chwała jej za to!
Oto kilka fotek – okładka, strony artykułu z moim zdjęciem podczas spotkania wielokulturowego w Lillehammer i zdjęciem mojego szanownego Połówka przy pracy

Kot na ścianie - okładka

Artykuł

Artykuł - cd.
Gdybyście nie zauważyli ;-), co takiego zmieniło się na mojej stronie z punktu widzenia grafiki, to doszłam do wniosku, że koniec już tych jesiennych ponurości i trzeba oczyścić atmosferę odrobiną śniegu i lodu
Popatrz jak pięknie
Lśni w słońcu
Powierzchnia śniegu
Kotek na ścianie
Posted by Mara in Całokształt
Szaro, zimno i pierwszy śnieg już spadł. A co gorsze, drań wcale nie chce topnieć. Zima nadciąga, drodzy państwo, zima! A może po prostu skończyła się przerwa na lato?
W tej okolicy
Wszystko, co wzrok obejmie
Takie jest chłodne
jak mawiał wielki poeta Basho. Czyżby odwiedził kiedyś Norwegię?
Co się tyczy pisania, to ostatni pobyt w Polsce w jakiś niewytłumaczalny sposób zablokował moją radosną działalność w tej dziedzinie. Po powrocie nie mogłam się pozbierać. Starzeję się, czy co? Dopiero kilka dni temu coś znów ruszyło.
Jeżeli nic się nie zmieni i Rednacz się nie rozmyśli, to będziecie mogli przeczytać jedno z moich opowiadań na początku przyszłego roku. Gdy będzie wiadomo coś konkretnego, nieomieszkam was poinformować.
Wczoraj wieczorem oglądałam niemal gotowy już projekt kolejnej książki z moim artykułem. Tym razem artykuł jest po norwesku. A tyczy się jak zwykle, emigracji. Książka będzie mieć świetny tytuł „Katta paa veggen” czyli „Kot na ścianie”, a na okładce będzie zdjęcie z odciskiem kocich łapek. Fotka jest śliczna. Ci, którzy mnie znają, mogą domyślić się, jak bardzo mnie, zagorzałego miłośnika kotów, cieszy ten tytuł
A na zakończenie typowo jesienne haiku mistrza Basho:
Już zmierzch jesienny
Na suchej gałęzi drzewa
Posępny siedzi kruk
Idę dołożyć do pieca. Ciepłej jesieni wam życzę!
